e-mémpol XV Polacy w Wittenheim
Stowarzyszenie humanitarne „Przyjaźń francusko-polska” – AFP,
par fsz site polonais-et-potasse.com
1) Cóż, wielka damo, błogosławiona spośród wszystkich Polek, nadszedł dzień, by ułożyć dla Ciebie panegiryk; przygotowuję go według mojej własnej receptury, z odrobiną octu jako domyślnym akcentem, oczywiście…
2) Podobno Pompidou nazywał swojego protegowanego, młodego Chiraca, „moim buldożerem”, ponieważ nic go nie powstrzymywało i ponieważ nigdy się nie zatrzymywał. Mogę więc śmiało powiedzieć, że Bella, prezeska AFP, była podczas swojego długiego „panowania” buldożerem Polaków; w służbie najbardziej potrzebujących wykazała się aktywnością, naprawdę nie ma innego słowa, nadludzką.
3) Jeden z kolejnych księży Polaków z Wittenheim, (+) Jacek Styla, mój bardzo opłakiwany przyjaciel, jakby przerażony, całkowicie przytłoczony, powiedział mi zresztą w ramach pochwały: „Gdybym miał zrobić choćby jedną dziesiątą tego, co ona robi, wolałbym, żeby mnie natychmiast zabito na miejscu!”
4) Wymowna pochwała; ale w wyścigu o pochwały mój drogi, wesoły Jacek nie wiedział, że został pokonany, i to przez swojego przyjaciela Wieszka, Wiesław Mering, zastępca (naszych polskich księży przebywających na letnich wakacjach), który został biskupem diecezji włocławskiej, pewnego pięknego jesiennego poranka, kiedy woziłem go samochodem po Bassin, rzucił mi: „Ta baba, to żywy cud!” Wypowiedział on tym samym ostateczną opinię, z którą się zgadzam, ponieważ przez około trzydzieści lat, niemal codziennie, widziałem na własne oczy ten „żywy cud” w akcji.
5) Jeśli chodzi o Bellę, czyli Annabelle Wersinger, przewodniczącą stowarzyszenia „Amitié franco-polonaise” (AFP) z siedzibą w F68270 Wittenheim, to ileż to razy, będąc pierwszym świadkiem jej poczynań, mówiłem sobie: „Ta kobieta jest kompletnie szalona! ” Była, na swój sposób, szalona z entuzjazmu, niepohamowanej gorliwości, zuchwałości z głową spuszczoną w dół, z pełną prędkością. I automatycznie, w tej samej chwili, by wynagrodzić mi moje potępienie, przychodziła mi na myśl ta żarliwa modlitwa: „Boże, daj nam więcej takich szaleńców jak ona, bo świat byłby o wiele lepszy. ” Inni mówili, ona działała. Ogarnięta żądzą konkretnego, szybkiego, materialnego działania oraz wyników, które można policzyć, zmierzyć, zważyć, obliczyć…
6) Jej szaleństwem była pomoc humanitarna, którą zorganizowała, by złagodzić nędzę w kraju swojej babci Torczelewskiej – uosobienia dobroci. Ogarnęła ją gorączka solidarności, gdy dowiedziała się, jak grom z jasnego nieba, na tle ciemnoszarego nieba zapowiadającego śnieg i utrudnienia w ruchu drogowym, o wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce przez generała Jaruzelskiego 13 grudnia 1981 roku. Pięć dni później wyruszyła już „jej” pierwsza ciężarówka wypełniona artykułami pierwszej potrzeby. Potem, przez lata, liczyliśmy je setkami – dwudziestoczterotonówki PKS (przewoźnika, którego pracodawcą było polskie Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej) – to była poważna sprawa, nie zabawka, nie gadżet…
7) Dzięki swojej hojności Bella stała się „wielką damą” (sic), potęgą, uwielbianą i czczoną w Polsce. Coś niespotykanego! Do jej „legendy” przyczyniała się często powtarzana żartobliwa uwaga, wypowiadana z cichym śmiechem wdzięczności: „Tam, gdzie nie wchodzi diabeł, Bella wchodzi”. ” Krótko mówiąc, inny sposób na powiedzenie: dla odważnego serca nie ma rzeczy niemożliwych! Przenosiła się, zmieniała zasady gry, „z moim słabym wzrokiem”, jak lubiła mawiać… Często należałoby dodać: i z moimi wielkimi butami…
8) Kiedy chodziłem ją odwiedzać, prawie codziennie, lubiłem dla zabawy ogłaszać głośno i wyraźnie: „Idę do Watykanu!”. Ci, którzy to słyszeli, też się śmiali, bo rozumieli, że wszystko zaczynało się od niej i do niej wracało. I dodawałem jeszcze: „W Wittenheim są dwie najważniejsze rzeczy: Watykan-Bella i Raj-Cora…”. To dwa miejsca, gdzie „jest wszystko”. Te żarty dobrze zapadały w pamięć… W swoim sklepie spożywczym-Watykanie Bella odgrywała swoją rolę, i to z jakim talentem! Królowa pszczół, otoczona rojem wolontariuszy, fabryka dobroczynności, do oszałamienia, krzątała się od piwnicy po strych; wchodziła, wychodziła, brała, przynosiła, gromadziła, sortowała, w domu Pana Boga panował nieustanny ruch…
9) Ktoś inny niż ja, chwilowo zirytowany – i to jak! – przez nieprzemyślane, brawurowe wyczyny Belli, przez jej wyczerpującą, epicką inspirację, jej chrześniak, wiceprezes i lekarz rodzinny, dr Hubert Wnenkowicz, znalazł, by wyśmiewać się, ale z pełną życzliwością, ze swojej matki chrzestnej, porównanie, które również odniosło spory sukces: „Ależ ona uważa się za Joannę d’Arc!” Ona miała wygnać, ona! ubóstwo z Polski! Z pomocą Marii, we dwie, to wystarczyło, amen. To powiedziawszy, Hubert, który był zresztą zastępcą burmistrza Ruelisheim, powściągliwy, skupiony, surowy i lakoniczny, dawał z siebie wszystko dla swoich pacjentów i służył Belli z anielską cierpliwością, zawsze czujny, by nie dać się jej przytłoczyć. Był człowiekiem o wysokich standardach etycznych, którego w moich oczach można doskonale podsumować, powtarzając określenie pełnego czułości humoru, jakie Albert Cohen nadaje lekarzowi rodzinnym ze swojego dzieciństwa w „Księdze mojej matki”, tej książce, którą zabrałbym na zawsze na bezludną wyspę (wraz z „Słowami” Sartre’a), Hubert był par excellence „poważnym człowiekiem z poczuciem odpowiedzialności”. Wspierała go wspaniale jego żona Marie-Louise, zawsze w dobrym humorze, zawsze gotowa powiedzieć miłe słowo, by złagodzić napięcia, która również wyświadczyła tak wiele przysług stowarzyszeniu Bella, które nigdy nie zwracało się do niej na próżno.
10) Polska „społeczność” (o ile można użyć tego słowa, które moim zdaniem stanowi jednak spore nadużycie językowe) z Zagłębia Potasowego w ogóle nie zaakceptowała sławy i autorytetu, jakie Bella zdobyła w jej szeregach dzięki swojemu zaangażowaniu. Była ona oczerniana i sabotowana. Nieustannie ją dyskredytowano, „demonizowano”, aby zwalczyć jej wpływ. Polacy z regionu potasowego, delikatnie mówiąc, nie zaangażowali się zbytnio w pomoc Polakom z Polski. Nie mieli się czym chwalić. Swoją mobilizacją Bella budziła w nich wyrzuty sumienia, była ucieleśnieniem ich wyrzutów sumienia, czego oczywiście nie mogli znieść i dlatego została wykluczona, jak trędowata, jak jakaś czarownica, a nawet szczerze znienawidzona… przez nieudaczników, ponieważ byli bezproduktywni i nie dorównywali jej nawet do pięt.
11) Głównym zarzutem, jaki jej stawiano, była współpraca z polską władzą komunistyczną. Z pewnością lepiej byłoby pozwolić Polakom umrzeć w nędzy, ponieważ znajdowali się pod dyktaturą czerwonych. Ponadto należałoby się zgodzić co do tego, co oznaczało „współpraca”, a to wcale nie jest takie proste…
12) Najpoważniejszym oszczerstwem, jakie rozpowszechniano na jej temat, było twierdzenie, że wzbogacała się osobiście dzięki swojej działalności: to, co zbierała tutaj za darmo, miała rzekomo odsprzedawać tam, a nie rozdawać, a nawet posiadała sklepy w Polsce, aby prowadzić ten naganny handel i zarabiać na głodujących. W administracji francuskiej byli nawet tacy, którzy wyczekiwali okazji, by ją „pobić”, postawić przed sądem; zapewnił mi to nawet honorowy parlamentarzysta… A jednak przeciwko niej były tylko bezpodstawne oszczerstwa; dopóki nie dowiemy się czegoś więcej, nie ma powodu, by wierzyć w coś innego…
13) Biorąc to pod uwagę, niejednokrotnie byłem zaskoczony sposobem funkcjonowania finansowego Belli. Często skarżyła się na brak pieniędzy, a jednak równie często wydawała się być w stanie wydawać je bez obaw. Jak to „cudo” było możliwe? Powstrzymałem się od prób dowiedzenia się tego; zbierałem dość liczne zwierzenia, które ludzie chcieli mi wyznać, ale sam o nie nie prosiłem, i taka jest moja zasada postępowania do dziś. Ogólna atmosfera była jednak taka: kiedy już nie ma, to jednak jest. Wiemy bardzo dobrze, że to nie może trwać; a jednak trwało.
14) Bella nie ukrywała przede mną, że – zawsze zalewana sprawami pilnymi, z definicji dramatycznymi – jej księgowość nie zawsze była wzorem rygoru, a granica między pieniędzmi domowymi a stowarzyszeniowymi nie zawsze była wyraźna. Innymi słowy, Bella nie wahała się ani chwili, by pełnić rolę bankiera dla stowarzyszenia. Była w pełni świadoma, że posuwa się nieco za daleko, i śmiała się z tego z całego serca, mówiąc chętnie: „Na szczęście wyszłam za mąż za Alzacjanina; to, co zrobiłam Lucienowi, gdybym zrobiła Polakowi, już dawno by mnie zabił! To szalone, jak bardzo Bella była mieszanką świadomego zaślepienia i prawdziwej trzeźwości umysłu, ale jakże to piękne, niemożliwe bez „głębokiej wiary”, jak to się mówi, w swoją „misję”!
15) Państwo Wersinger byli ludźmi uczciwymi, moralnie nieskazitelnymi; w swojej humanitarnej przygodzie wiele stracili, nie ma co do tego ani cienia wątpliwości.
16) No i mamy to: „komunistka” była w rzeczywistości głęboko wierzącą osobą! Aż do pewnego rodzaju bigoterii, raczej ludowej i zabawnej. Potwierdzam to z całą stanowczością! Kiedy jechaliśmy do Strasburga, aby załatwić „sprawy”, ja prowadziłem; obok Bella robiła znak krzyża, gdy tylko dostrzegała krzyż przydrożny, i tak przez całą drogę, a przede wszystkim nie mogła pominąć ani jednego… Nieustannie chodziła na mszę, oczywiście zawsze spóźniona, nieustannie zamawiała msze, nieustannie zapalała świeczki, nieustannie wrzucała drobne do koszyków na datki. W kwestiach religijnych była tak samo katolicka, jak jej mąż Lulu był gaullistą w polityce.
17) Publiczne wyrazy poparcia dla Belli wśród Polaków z tego regionu były zatem niezwykle rzadkie; mówiono o niej, że jest nie do zniesienia, że nie należy się z nią zadawać, ale bez cienia wstydu czy skrupułów korzystano z jej licznych usług, a ona, kierowana chrześcijańską miłością bliźniego oraz przekonaniem, że zawsze trzeba mieć nadzieję, niktowi nie odmawiała pomocy. Ileż hipokryzji musiała znosić! Jej relacje z nimi okazały się więc całkowitą porażką (choć…), ale jej niezrównanym sukcesem pozostanie to, że przyciągnęła do siebie i skoncentrowała cały (prawie cały) wspaniały zapał charytatywny Alzacjan skierowany ku Polsce, krajowi, który, co prawda, stał się modny w zamożnym zachodzie od czasu wyboru Wojtyły, a następnie zamieszania wywołanego przez Wałęsę. W ciągu około trzydziestu lat działalności Bella może pochwalić się niezwykle pozytywnym, niewyobrażalnym i nie do opisania bilansem, a ja nie przesadzam. Można powiedzieć, że dla wielu ludzi dobrej woli była ona swego rodzaju polską i świecką Matką Teresą, wywodzącą się, jak to się mówi, ze społeczeństwa obywatelskiego w Alzacji.
18) Grupa założycielska „Amitié franco-polonaise”, czyli AFP, została formalnie zarejestrowana jako stowarzyszenie non-profit już w 1982 roku; było to konieczne, aby organizacja mogła być brana pod uwagę i kwalifikować się do dotacji ze środków publicznych. Niemniej jednak wspomniane stowarzyszenie w bardzo niewielkim stopniu funkcjonowało jak typowe, konwencjonalne stowarzyszenie. W szczególności członkowie nie płacili rocznej składki. Nie było to zbyt ortodoksyjne, ale Annabelle miała całkowitą rację, uznając, że hojną składką była dobrowolna pomoc, zwłaszcza przy załadunku ciężarówek, co nie było łatwym zadaniem! Albo gotowanie na bankietach czy wieczorkach charytatywnych, co też nie było łatwe. Można też było uznać, że wkład ten składał się z wielu darów rzeczowych, o mniejszej lub większej wartości, przekazywanych przez cały rok.
19) Nazywanie AFP „stowarzyszeniem” jest więc w dużej mierze nadużyciem językowym, popełnionym częściowo w celu uproszczenia komunikacji w środowisku, jakim jest Alzacja, charakteryzującym się silną kulturą stowarzyszeniową i gęstą siecią organizacji. Ja osobiście wolę nazywać tę potężną całość siecią, pajęczyną złożoną z różnorodnych, licznych, zaufanych i lojalnych współpracowników, a prawdziwym wyczynem, cudem dokonanym przez Bellę, jest to, że potrafiła zgromadzić wszystkie te elementy, koordynować działania wszystkich tych osób i sprawić, by współistniały wszystkie te siły, co zaowocowało bilansem działalności o niewyobrażalnym bogactwie. W swoim najlepszym okresie Bella była fenomenalna dzięki swojej upartości, zmysłowi organizacji, umiejętności tworzenia synergii, a wreszcie dzięki niesamowitej sile i odporności na zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Pracowała tak intensywnie, że nie mogliśmy w to uwierzyć i zastanawialiśmy się, jak czasami w ogóle jeszcze stała na nogach! To proste, zawsze robiła trzy rzeczy naraz, niczym wielorękowa hinduska bogini (dzwoniła, głośno wycierając naczynia i pilnując pieczenia udźca w piekarniku; tylko kobiety są zdolne do takiej wielozadaniowości, do takiego łączenia obowiązków).
20) Po śmierci Luciena nieco wcześniej niż planowałem zaprzestałem wszelkiej działalności stowarzyszeniowej i wycofałem się z AFP, opowiadając się za rozwiązaniem nieistniejącego już stowarzyszenia, w którym pozostaliśmy tylko Bella i ja. Nie było nas już nawet wystarczająco dużo, aby rozwiązać stowarzyszenie zgodnie z regulaminem, a poza tym Bella, będąc sama, chciała nadal przewodniczyć „swojemu” stowarzyszeniu, nawet jeśli było ono fikcyjne, i dla niej bardziej praktyczne było mówienie „stowarzyszenie” niż „ja”. Tylko to, co jest „zbiorowe”, jest traktowane poważnie przez System…
21) I wyszedłem z „neutralności”, która pasowała do mojego statusu korespondenta prasowego, i dość szybko po utworzeniu AFP otwarcie stanąłem w obronie Belli, uznając, że ogólna wrogość, jaką budziła wśród Polaków z branży, była nieuzasadniona, haniebna, ogromnym błędem, „historyczną”, że ci, którzy spędzali czas na jej „szarganiu”, byli prawdziwymi złoczyńcami, żeby nie powiedzieć nic więcej, powstrzymuję się… Byłem oszołomiony, widząc, jak „nasi Polacy” są wobec niej tak uparci, pełni nienawiści, fanatyczni: tacy dobrzy katolicy!
22) „Pomoc”, jaką nieść Belli, a zwłaszcza wiarygodność, której jej brakowało w kontaktach z niektórymi rozmówcami z powodu braku odpowiedniego wykształcenia, sprawiły, że wkrótce zaczęto mnie w Polsce nazywać „wice-Bellą”, co mnie bardzo bawiło. We Francji przetłumaczono to jako „wiceprezes”, oficjalny tytuł, który zachowałem przez około ćwierć wieku, nie będąc nigdy wybranym w wyborach, jak to zwykle bywa. Oto więc jestem prawdziwym fałszywym wiceprezesem Belli, jednym z wielu, bo wiceprezesów w AFP nie brakowało…
23) Być tarczą dla Belli – oto moje najważniejsze i najtrwalsze zadanie w agencji AFP: chronić ją przed innymi i… przed nią samą… może przede wszystkim… W tym celu przyjąłem zasadę, najprostszą na świecie: być dla niej zawsze rozmówcą, co nie oznacza automatycznie bycia uległym. Bella była wyjątkowa, a więc samotna. Potrzebowała kogoś, kto byłby dostępny, chętny, z kim mogłaby porozmawiać, to znaczy pogawędzić spokojnie, ale także poważnie zastanowić się o tym, jak najlepiej kierować swoim życiem, osiągać cele, osiągać najlepsze wyniki – tej wielkiej idealistce, całkowicie poruszonej, choć nie odnoszącej się do tego wprost, doktryną społeczną Kościoła, przypomnijmy, ustaloną przez papieża Leona XIII w jego słynnej, rewolucyjnej encyklice „Rerum novarum… ”, której nadrzędną ideą jest: należy przemyśleć, zmienić podział bogactw, to znaczy w rzeczywistości nie pozostawić nikogo z niczym. Podnosiłem, na ile to było konieczne, morale Belli, dodawałem jej otuchy, ale Matka Boża Nieustającej Pomocy robiła to jeszcze nieporównywalnie lepiej ode mnie!
24) Przyczyniłem się do nadania Belli stopnia Kawalera (w 1992 r.), a następnie Oficera (w 2007 r.) Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Kancelaria Prezydenta w Warszawie doceniała, gdy kandydaci do odznaczeń pochodzili z „terenu”, więc pełniłem rolę „terenu”. Bella tak bardzo potrzebowała uznania, nigdy nie miała go dość! A tak bardzo na nie zasługiwała! Nieskończenie? Jeśli chodzi o nią, żal, który będzie mnie dręczył do końca życia, to to, że z powodu niesprzyjających okoliczności nie udało mi się przeforsować pomysłu mianowania Belli honorowym konsulem Polski. Dobrze wykonywała tę pracę, wcale niełatwą, więc dlaczego nie nadać jej odpowiedniego tytułu? A tym bardziej w okresach, gdy konsulat w Strasburgu był zamknięty, a Alzacją zarządzał konsulat w Lille. Widziałem dni, i to nierzadko, kiedy Lille dzwoniło do niej trzy razy, prosząc ją o załatwienie w ich imieniu tej czy innej sprawy na miejscu. Kiedy Surmaczynski, całkiem niezły facet, konsul generalny w Lille, potrzebował miejsca dość blisko Strasburga, żeby kupić tam elegancką kamienicę przy ulicy Geiler jako siedzibę polskiej dyplomacji w europejskiej stolicy, to naturalnie pojawił się u Belli, trochę jak w swoim oddziale… A jeśli chodzi o podobne sprawy, mógłbym opowiadać o nich bez końca, co ma na celu pokazanie, że mój pomysł, by mianować Bellę konsulem, nie był wcale tak szalony. Każda praca zasługuje na wynagrodzenie, jak to się mówi, ale kiedy trzeba było to zrobić, nikt nie chciał się zaangażować w promocję Belli, nagle wszyscy stali się głusi; a przecież wszyscy byli tam, by czerpać korzyści, a często nawet bezczelnie nadużywać jej łask i hojności.
25) Bella, która nie była głupia, szybko stała się w Polsce niezbędna dla całej rzeszy „ważnych” osób – kadry kierowniczej, „grubych ryb” – które ułatwiały jej działania i dla których stanowiła możliwą i natychmiastową ucieczkę od okrutnego niedoboru artykułów pierwszej potrzeby, plagi „reżimu”… komunistycznego. W ten sposób otworzyły się przed nią drzwi pewnej „wyższej sfery”, zyskała niespotykany dostęp do najwyższych władz kraju – politycznych, administracyjnych, dyplomatycznych, kościelnych (co było nieuniknione…), medialnych, gospodarczych itp. Aby podać zabawny przykład, ileż to razy głosiła, że to ona, mimo wszelkich przeciwności losu, zapewniła wino mszalne papieżowi podczas jego podróży do ojczyzny w 1983 roku; bez niej papież nie mógłby nawet normalnie odprawić mszy, a może nawet umarłby z pragnienia, kto to wie… Mówiąc poważniej, wspominam tych chorych, którzy przeżywali tylko dzięki lekom regularnie wysyłanym przez Bellę, w tym bardzo kosztownym, a w razie potrzeby kupowanym w pośpiechu za pieniądze z domowego budżetu. Często Bella okazywała się prawdziwą bohaterką! Należy tu dodać dwie uwagi: po pierwsze, zawsze dbaliśmy o to, by nie stać się sprawcami korupcji; po drugie, niektórzy beneficjenci nie zdawali sobie sprawy z wysiłków stowarzyszenia na ich rzecz; Zachód, jako taki, miał przecież środki, by zapewnić pomoc bez żadnych problemów (ci ludzie mieli ostatecznie dokładnie takie samo, dziecinne, a nawet naiwne nastawienie jak Wałęsa: Zachód musi finansować Polskę, a i tak nigdy nie daje wystarczająco dużo; ale mija to…). I w tej polskiej klasie rządzącej nikt nie myślał o odwróceniu się od Belli, ponieważ jej polski nie był zbyt zgodny z normami akademickimi; wręcz przeciwnie, starano się przynajmniej uznać, że jej niepoprawności i różne przekształcenia miały swój urok, swój charakter. A co cieszy, to fakt, że w kontakcie z Polakami z Polski, w przeciwieństwie do Polaków stąd, potrafiła się wiele nauczyć, chłonąć.
26) Lucien i Bella Wersinger znaleźli się w życiu, mieli smykałkę do handlu, do małego sklepiku osiedlowego. Wstając wcześnie i kładąc się późno, wspólnie prowadzili sklep spożywczy z artykułami pierwszej potrzeby. Ludzie wchodzili i wychodzili, wokół nich nieustannie panował ruch; lubili to, potrzebowali tego, zawsze kierując swoją uwagę przede wszystkim na innych. Ta sama atmosfera panowała w ich przylegającym do sklepu prywatnym domu, zawsze było się tam mile widzianym, witanym z uśmiechem, Bella przy kuchence, stół był otwarty dla wszystkich, którzy przechodzili, zapraszali się, wpadali. Wersingerowie lubili tętniące życiem, hałaśliwe biesiady. Każda okazja była dla nich pretekstem do uczty, jedzenie było dla nich prawdziwą drugą religią. Potrawy były mocno przyprawione, a składniki najwyższej jakości, bo znali się na tym, co dobre, a także dlatego, że ta mała sprzedawczyni zaopatrywała się u niektórych hurtowników, do których zwykły klient nie miał dostępu. Trzeba było sięgać po dokładki, a gdy już nic nie zostało, to i tak było jeszcze, trzeba było pałaszować, aż pęknie. A przecież nie byłem wielkim jedzącym! Nie mogłem wyjść z domu Belli z pustymi rękami, zawsze były nadwyżki do zabrania, na wieczór lub na następny dzień. Kiedy zaczęli produkować polskie wędliny, ich reputacja wkrótce stała się tak duża, że klienci dzwonili, by złożyć zamówienie z zamkniętymi oczami, a cały zapas był sprzedawany, zanim jeszcze został wyprodukowany. W Thierenbach rodzina Wersingerów miała konkurencję ze strony innych handlarzy, w tym jednego przybyłego z daleka, z Metz, ale to właśnie do nich przybywała większość klientów. Jakże mi smakowało w tej swobodnej kuchni, gdzie kominiarz sąsiadował z biskupem (czyli, jak to się mówi, czerwony i czarny!). W szczególności nigdy w życiu nie jadłem lepszej „kaszanki” niż ta, którą tam serwowali, a przez 30 lat widziałem, jak tylko raz im się nie udało, co do dziś pozostaje dla nas zagadką, jakby sam diabeł się w to wtrącił, żeby zrobić zły żart i przełamać rutynę. Ilu z nas mówiło Belli, żeby otworzyła restaurację – z czapką kucharską na głowie zrobiłaby furorę! I zdradzam wam tutaj wielką kulinarną tajemnicę, której nauczyłem się u Wersingerów: kuchnia polska nigdy nie jest tak udana, a nawet wykwintna, jak wtedy, gdy przygotowuje się ją z alzaskimi składnikami najwyższej jakości; a aby dobrze udowodnić to, co twierdzę, proponuję zacząć od kapusty: to właśnie z kapusty z Ried w Colmarze robi się najlepszy bigos i najlepszą kapustę!
27) Bella zawsze podchodziła do świata stowarzyszeń jak przedsiębiorczyni: to, co jest dobre dla sklepu (w liczbie pojedynczej!), jest dobre dla „stowarzyszenia” – naprzód! Dla niej chodzi o wymianę: ja sprzedaję tobie, ty sprzedajesz mi; ja daję tobie, ty dajesz mi; i tak dalej. W Alzacji prezeska promuje Polskę, a w Polsce – Alzację; po prostu odwracając znaczenie kolorów, które są takie same po obu stronach – czerwony i biały – przygotowuje tę samą kapustę (królową warzyw, jak twierdzono) w postaci kiszonej kapusty dla Polaków i bigosu dla Alzaczyków. Chodzi o to, by z wyciągniętą ręką odkrywać drugą stronę, a dzieje się to poprzez odkrywanie jej dziedzictwa, a dziedzictwo to przede wszystkim gastronomia i rzemiosło w jego różnorodnych formach.
28) W ten sposób Bella, wspierana przez niezawodną elokwencję, pracowała niestrudzenie, rok po roku, służąc Polsce i Alzacji przy wielu okazjach, podczas których gromadziły się liczne rzesze ludzi (w tym czasami osoby znaczące), przy całej serii wydarzeń, na których koniecznie trzeba było się wyróżnić, jeśli chciało się liczyć, mieć wpływ na trendy i ogólny ruch danego okresu. Należy zatem szczególnie wspomnieć o: corocznych targach rzemiosła MJC (Maison des Jeunes et de la Culture) w 68310 Wittelsheim, polskiej pielgrzymce w poniedziałek Zielonych Świąt do Thierenbach, targach turystycznych w Colmar, festiwalu „Fête du Monde” w Mulhouse, jarmarku bożonarodzeniowym w Kaysersbergu; i przyczyniła się do wzbogacenia wymiany międzyregionalnej między Alzacją a Dolnym Śląskiem (stolica Wrocław, w języku niemieckim „Breslau”), co było osobistym życzeniem prezydenta Chiraca, którego prawą ręką w tej sprawie był prefekt departamentu Haut-Rhin Cyrille Schott, pochodzący z departamentu Bas-Rhin, który pozostawił nam wnikliwe wspomnienia ze swojego pobytu wśród nas; ta gra w reprezentację mogła nawet przybrać zły obrót: na początku lat 90., co wciąż mam żywo w pamięci, widziałem, jak Bella straciła około 30 000 franków (około 4500 euro) z własnej kieszeni w ciągu dwóch dni targów w Sarreguemines…
No cóż, trzeba było naprawdę tego chcieć – dawać, dawać wciąż, dawać bez końca, szaleńczo, z całych sił, nie oczekując niczego w zamian: oto bolesna chwała wolontariatu…; kto by się na to dziś zdecydował?
29) Wszystko bierze się z dzieciństwa i jego traum, to powszechnie wiadomo. To banalne stwierdzenie doskonale pasuje do Belli. Urodziła się z nieznanego ojca (słyszałem, jak jej tak zwani przyjaciele za jej plecami bawili się w zgadywanie, kim mógł być jej ojciec: cóż, są tacy, którzy czerpią przyjemność z wbijania noża w ranę, to brzydkie), była jeszcze małym dzieckiem, kiedy jej matka popełniła samobójstwo. Wychowywała ją babcia ze strony matki. Jeśli nie znamy tych ran, nie możemy w pełni zrozumieć działań i dzieła prezydentki. W ramach instynktownej reakcji uznała więc, że prawdziwe szczęście na ziemi polega przede wszystkim na posiadaniu rodziny. W konsekwencji, w ramach rekompensaty, postanowiła znaleźć rodzinę zastępczą we Francji dla wielu małych polskich sierot, kilkudziesięciu. Podobnie, nauczywszy się od najmłodszych lat wartości rzeczy, w domu, gdzie panowała troska o oszczędność, nauczyła się liczyć jak nikt inny, a także dawać i dzielić się bez liczenia, z niepohamowaną hojnością.
30) 2011: dla ery Annabelle to początek końca: koniec letnich wycieczek zarówno do Polski, jak i na Ukrainę (W ostatnich, burzliwych latach działalności AFP sama turystyka po południowej Polsce już jej nie wystarczała, miała ludzi, którzy chcieli, by posunęła się aż do Kijowa: nie zapominajmy, że polska „społeczność” z Kotliny Potasowej miała swoją mniejszość ukraińską), koniec z jesiennymi bankietami w sali Léo Lagrange, wkrótce koniec z magazynem pomocy humanitarnej (zawsze udostępnianym bezpłatnie przez miasto Wittenheim) przy rue de Soultz, w dzielnicy „Jeune Bois”; Bella zbliża się do siedemdziesiątki; jej mąż jest bardzo chory, nie może robić nic innego, jak tylko opiekować się nim, kołysząc się coraz bardziej, bo ona też, nawet ona! zaczyna odczuwać pierwsze oznaki starzenia się; rok 2012 będzie już trzydziestą rocznicą złożenia statutu Afp… Lucien na wózku inwalidzkim, z pewnością zorganizowana zostanie jeszcze jakaś wycieczka turystyczna, ale sporadycznie, przypadkowo, jak ostatnie bitwy o honor: czas pełnej mocy minął, surowo, okrutnie, bezpowrotnie.
31) Nieszczęścia chodzą parami: w ciągu zaledwie kilku lat Annabelle zostaje przytłoczona całą serią żałob, które mocno podkopują jej morale, choć stara się znosić to ze stoickim spokojem; wymienię je tutaj w przypadkowej kolejności: umiera Christine, jedna z jej dwóch córek, żona Bastianelliego, na chorobę „która nie wybacza”, jak to się mówi, w wieku 50 lat (1959-2009), przybrana mama małej Julie, o której można więc powiedzieć, że w pewnym sensie jest podwójną sierotą! i która później będzie moją uczennicą w liceum Irène Joliot; Rafaël (pol.: „Rafal”), najstarszy z jej trzech adoptowanych wnuków, zginął w wieku 20 lat w bardzo poważnym wypadku drogowym między Wittenheim a Ensisheim; widziałam go jeszcze 24 godziny przed śmiercią, jak promieniował swoją blond czułością, życzliwością i radością życia; Lucien, jej oddany mąż, odszedł na początku lipca 2013 r., pokonany przez różne schorzenia związane z cukrzycą, której leczenie było prawdziwą drogą krzyżową zarówno dla chorego, dręczonego nieodpartymi, oczywiście całkowicie przeciwwskazanymi, zachciankami na słodycze, jak i dla improwizowanej pielęgniarki Belli, która empirycznie, jak mogła, starała się regulować nieustannie stresujący poziom glukozy we krwi swojego męża; Do tej listy dołącza Michel, jej „brat”; poza rodziną odchodzą na zawsze również ważni przyjaciele stowarzyszenia; jako przykład można tu wymienić tylko Stéphanie Potemski, ofiarę pożaru, czy też, spośród najbardziej znanych, Pierre’a Knittela, radnego generalnego; w Polsce Henryka Juszczyka, przewodniczącego Rady Obywatelskiej w Bielsku-Białej, tak bliskiego nam; ojcowski kardynał „Gulbin” oraz jego tłumacz na język francuski, ksiądz André Dzielak (kolega z pułku męczennika Popiełuszki), ks. prałat Edouard Janiak, były osobisty sekretarz Jego Eminencji, obaj odeszli zbyt wcześnie z powodu raka płuc, jeden palacz, drugi niepalący, trudno więc znaleźć racjonalne wyjaśnienie dla pojawiania się chorób; na tym poprzestańmy, ale lista zmarłych, których Annabelle nosiła w sercu, nie jest wyczerpująca.
32) Jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie spotkały Bellę w życiu, było to, że w końcu, już w dojrzałym wieku, spotkała duchowego zastępcę swojego nieobecnego ojca, kardynała, czyli Gulbinowicza, arcybiskupa Wrocławia, stolicy Dolnego Śląska; ten wziął ją pod swoje skrzydła, przy nim czuła się jak nigdy dotąd przyjęta, pożądana, zawsze traktowana z życzliwością, czuła się pewnie i bezpiecznie; nie okazując tego, bo była elegancka, ale faktycznie ta Eminencja była jej opiekunką; rozpowszechniła wszędzie wpływową ideę, że: tknąć Bellę, to tknąć Gulbę; poczucie bycia „córką” Gulbina było dla tej pyskatej śmiałki wspaniałym uznaniem; wciąż pamiętam, jak kardynał fizycznie chwycił za kołnierz okropnego księdza (+)Xaviera Sokolowskiego, by nakazać mu, by pozwolił Annabelle pracować i przestał jej rzucać kłody pod nogi.
33) Bo w końcu przejmująca historia Belli to historia małej, anonimowej Kopciuszki z górniczej osady, niewinnej dziewczynki, która zbyt wcześnie doświadczyła okrucieństwa życia i stopniowo stała się niezastąpioną instytucją, społeczną instytucją, która narzuca się i imponuje wszystkim, wyróżniającą się swoim wielkim sercem, ogromną pracowitością, aby wypełnić wyjątkową misję charytatywną, nieustannie powtarzając to szczere modlitwę wywodzącą się z polskiej kultury ludowej, przekazaną jej przez babcię: „Boże, daj mi tylko zdrowie i rozsądek”.
34) Ilustracja zdjęciami:
– bel a) do spisu treści tego bloga, Bella, po lewej, sfotografowana przez R. Baranowskiego, wraz z polską wiceminister ds. pomocy społecznej Sienkiewicz, w 1992 r.
– zdjęcie b) Bella wita w Strasburgu (+) Tadeusza Mazowieckiego, który od września 1989 r. został pierwszym postkomunistycznym premierem Polski, wciąż Republiki, ale już bardziej ludowej.
– bel c) 5 listopada 2004 r., czyli 20 lat temu, podczas corocznych Targów Turystycznych w Colmarze, Bella spotkała się z byłym polskim ministrem spraw zagranicznych (+) Bronisławem Geremkiem, wówczas posłem do Parlamentu Europejskiego.
– bel d) Bella spotyka się we Wrocławiu, w dniach 23–25 maja 2007 r., z kardynałem (+) Gulbinowiczem i jego ówczesnym biskupem pomocniczym (+) Edwardem Janiakiem, w ramach regularnej wymiany między regionem Alzacji a województwem dolnośląskim; zdjęcie wykonała Michèle Karcher, pracownica regionu.
To bardzo piękne zdjęcie, które naprawdę bardzo mnie boli, gdy myślę o upadku, jaki następnie spotkał tych dwóch duchownych, każdego z osobna; nasze zaufanie do nich było całkowite: mój Boże, komu więc można ufać? Ujawnienie niegodziwości Jego Eminencji przeżyłem jako moralną katastrofę, wciąż trudno mi pojąć, że mógł popełnić tak rażący błąd! Ale cóż, skoro Watykan nałożył sankcje, to zapewne wie, co robi: znowu ufamy, ale czar prysł… Ale pomnik samego księdza Pierre’a również został teraz zdemontowany: i co z tego? Trzeba więc zaakceptować fakt, że nikt nie jest nieomylny, że bycie księdzem nie czyni z człowieka kogoś innego niż zwykłego człowieka, że celibat księży jest ideałem nie do utrzymania, być może…
– Bella e) w niebieskim, Daniela Mroczek, doradczyni polskiego ministra zdrowia i opieki społecznej, żona ważnego generała (ale nie tego w czarnych okularach, co wy sobie wyobrażacie!), która stała się osobistą przyjaciółką Belli; tutaj podczas balu zorganizowanego w Wittenheim przez stowarzyszenie Afp w październiku 1992 roku. Daniela była inteligentną kobietą, znającą się na rzeczy, która lubiła i umiała się bawić po polsku.
– bel f) w arcybiskupstwie we Wrocławiu, w sierpniu 1991 r., Bella wygłasza krótkie podziękowanie kardynałowi za przyjęcie grupy turystów prowadzonej przez przewodniczącą; wśród nich, na zdjęciu po prawej stronie przewodniczącej, wraz ze swoją (+) małżonką, (+) pan Pierre Knittel, burmistrz Wettolsheim, radny generalny kantonu Wintzenheim i radny regionalny Alzacji, gaullista.
35) Ilustracje w tekstach:
– piękny I) artykuł z 26.07.1992 r., ilustrowany zdjęciem Belli z wiceminister Sienkiewicz;
– piękny II) ten sam, w języku niemieckim;
– piękny artykuł z 16 października 1992 r. poświęcony 10-leciu stowarzyszenia AFP, ilustrowany zdjęciem małżeństwa Wersingerów siedzących w swoim domu obok gościa, biskupa pomocniczego diecezji warszawskiej (1922–2004) Zbigniewa Kraszewskiego (70–92), później odpowiedzialny w szczególności za okręg „Warszawa-Praga” (92–97), który wybrał na swoje motto biskupie: „Maria vincit” (pol.: „Maryja zwycięża”); odznaczony wieloma polskimi orderami patriotycznymi, a przede wszystkim komandorem z gwiazdą w bardzo prestiżowym Orderze „Polonia restituta” lub „Order Odrodzenia Polski” (fr.: „Order Odrodzenia Polski”).
– piękny IV) artykuł z poniedziałku 19.10.1992 r. o przyjęciu Belli w ratuszu w Wittenheim, po jej mianowaniu do polskiego Orderu Zasługi.
– piękny V) artykuł z czwartku 22.10.1992 r. o wręczeniu odznaczeń Orderu Zasługi, poprzedzonym mszą dziękczynną odprawioną przez (+) mgr Pierre’a Bockela, arcykapłana katedry w Strasburgu, przyjaciela André Malraux, w kościele św. Marii w Wittenheim.
– bel VI) 1996: pismo z dnia 15 maja od prefekta departamentu Haut-Rhin Cyrille’a Schotta skierowane do Belli, w którym zaprasza ją do spotkania wraz z wybraną przez nią grupą przyjaciół podczas kolacji w Ekomuzeum w Ungersheim, z delegacją z Wrocławia pod przewodnictwem wojewody Zaleskiego, co było wstępem do „partnerstwa” Alzacji z Dolnym Śląskiem, które następnie przez wiele lat funkcjonowało znakomicie, z powagą i przekonaniem; Bella od samego początku była zaangażowana w zbliżanie tych dwóch regionów.
– bel VII) nagłówek z 15.07.01 dotyczący przejścia Belli na emeryturę;
– bel VIII) artykuł z 15.07.01 o przejściu Belli na emeryturę;
– bel IX) 27.10. i 03.11.2001 r.; niemal identyczne artykuły (zapowiadały one już dzisiejszą, de facto jedyną alzacką gazetę codzienną!) z dwóch gazet regionalnych na temat dyplomu uznania przyznanego Belli „za wyjątkowe zasługi” przez polskiego ministra spraw zagranicznych (pol., w skrócie: „MSZ”) Bartoszewskim;
– bel X) mój list „Solidarność – zgubne potomstwo dla AFP” z września 2004 r. do Ambasady Polski w Paryżu;
– piękny XI) maszynopis mojego artykułu prasowego z okazji złotej rocznicy ślubu państwa Wersingerów, kwiecień 2005 r.
– piękny XII) w odpowiedzi na podziękowania dla Belli od polskiego ministra zdrowia, list przewozowy ambasadora, 05-06.
– bel XIII) list z podziękowaniami ministra zdrowia w języku polskim, z 2003–2006 r.;
– bel XIV) ten sam list przetłumaczony na język francuski; zdecydowanie ci polscy ważniacy nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć, że wszelkie odniesienia do „Solidarności”, jeśli chodzi o nas, są, jak to się dziś mówi, nieodpowiednie; ponieważ, pozwolę sobie tutaj podkreślić, pod „pięknym” sztandarem „związku zawodowego” kryły się rzeczy naprawdę wcale niehonorowe, wręcz haniebne dla Polski i Polaków.
36) Ilustracja za pomocą filmów: będą one dostępne w późniejszym terminie.
37) Podstawowe dane biograficzne, zebrane dla lokalnych gazet 09.04.2005 r. z okazji złotej rocznicy ślubu państwa Wersingerów.
a) Annabelle, z domu Torczelewski, urodzona 7 czerwca 1937 r. w Wittelsheim-Langenzug; w 1947 r., w wieku dziesięciu lat, została sierotą; wychowywała ją babcia ze strony matki; przez pewien czas uczęszczała do szkoły z internatem w Remiremont. Od momentu złożenia statutu w 1982 roku Bella przewodniczy stowarzyszeniu „Amitié franco-polonaise”, które ma głównie charakter humanitarny, a dodatkowo promocyjny; w 1992 roku została odznaczona tytułem Kawalera Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej; w 2007 roku awansowała do stopnia Oficera; została uhonorowana również innymi polskimi odznaczeniami.
b) Lucien, zwany Lulu, urodził się 22 maja 1932 r. w Kingersheim; jako lokalny przedsiębiorca zasiadał w radzie miejskiej Wittenheim przez trzy kolejne kadencje, od 1977 do 1995 r.; odznaczony srebrnym medalem regionalnym, departamentalnym i gminnym; zwolennik idei de Gaulle’a; przez długi czas pełnił dyżury w katolickim domu parafialnym Ste-Marie w Wittenheim-Centre.
c) Babcia Belli (nie jestem stronnicza!), w momencie zawarcia umowy małżeńskiej, mówi do Luciena: „Oddaję ci moją wnuczkę, ale musisz nauczyć się języka”. A Lulu, na swój sposób, podjął wyzwanie, zaczął bełkotać kilka słów, zawsze te same, różne krótkie zdania, najlepiej humorystyczne, w stylu: „Pocałuj moje kolana”. Widzimy tu jeden z niezwykle rzadkich przykładów, który oklaskiwamy, oczywiście z zasady (jak za każdym razem, gdy ktoś wykazuje zdolność do nauki), gdzie wśród mieszkańców Basenu jest to, by użyć słownictwa Jacquesa Attaliego, osiadły, który dostosowuje się do nomady, lub, jeśli wolisz, innymi słowy, gdzie obserwujemy coś w rodzaju integracji na odwrót, od większości do mniejszości; znałem dwa inne identyczne przypadki, jeden dotyczył innego (+) Luciena, Héchinger, również sklepikarza, w Wittelsheim-Grassegert-Langenzug, oraz mojego wuja (+) Christiana Bliona, pochodzenia lotaryńskiego, męża Hedwigi, (+) młodszej siostry mojej matki, którzy chcieli jakoś sobie poradzić, nie pozostać całkowicie bez słów, po polsku, podtrzymać rozmowę.
d) Para: ślub cywilny 7 kwietnia 1955 r.; ślub kościelny 11 kwietnia 1955 r. w kaplicy św. Jana Bosko w Wittelsheim-Langenzug, odprawiony przez proboszcza Josepha Litschgy’ego; w latach 1956–1965 z tego związku urodziło się sześcioro dzieci, z których pięć nadal żyje, czterech chłopców i dwie dziewczynki; spośród nich dwoje świętowało już srebrne gody w 2005 r.; rodzina liczy czternaścioro wnucząt, z których dwoje zmarło, oraz czworo adoptowanych; już w 1955 r. małżonkowie otworzyli sklep spożywczy, który w 1957 r. został przeniesiony na ulicę des Mines 130 i działał do 2001 r., kiedy to Annabelle przeszła na emeryturę.
e) Dzieci: trzech synów zaangażowało się z kolei w lokalne życie społeczno-kulturalne i obywatelskie: Alain poszedł w ślady ojca, pełniąc funkcję radnego miejskiego w Wittenheim w latach 2008–2014, a nawet radnego ds. sportu, co stanowiło stanowisko wyższe niż to, które zajmował jego ojciec; Eric przez długi czas pełnił funkcję prezesa MJC (Maison des Jeunes et de la Culture) w Wittenheim-Fernand-Anna; Philippe przez długi czas kierował szkołą tańca w Mulhouse.
38) Na zakończenie powiem wam, że w Belli najbardziej podobała mi się jej przewidywalność: to przynajmniej było spokojne; w ostatnich latach, kiedy jej pomagałem, słowem, którym najczęściej się przechwalała, było „ingerować”, pewnie dlatego, że dla wielu ludzi jest ono mniej jasne niż jej synonimiczne wyrażenie „wtrącać się”; kiedy Bella mówiła: „Nie chcę się wtrącać, ale…”, można było być pewnym, że to zrobi, i to bezzwłocznie; urodziła się, by być matriarchinią, cóż, do samego końca!
39) Ukończone 19-10-20, autor: fsz; poprawione 24 sierpnia; materiał chroniony prawem autorskim (francuska ustawa z 11 marca 1957 r.).





















