Pani odeszła
Wygłoszono publiczną mowę pochwalną
strona polonais-et-potasse.com
Bonjour Francis Le texte a été fait pour la partie familiale par les enfants de Pani ( quelques lignes ) , j ai compilé avec le reste en y rajoutant ma sauce Biographie de Lydia Kuliberda Lydia Kuliberda est née le 28 janvier 1932 à Wittenheim, de feu Pierre Patla et d'Anièla Braja. Elle était l'aînée de ses sœurs, Danielle et Jeannette. De son union avec Czesław Kuliberda, sont nés trois enfants : Zbigniew, Alexandra et Marc. Elle avait également six petits-enfants : Grégory, Dimitri, Alexandre, Coralie, Quentin et Maliziana, ainsi que six arrière-petits-enfants : Jun, Yui, Lise, Charlotte, Maxence et Alix. À l'issue de ses études au Lycée polonais de Paris, où elle a été formée à l'enseignement du polonais, elle a obtenu son premier poste à Besançon, financé par l'Amicale des Anciens Combattants Polonais. Par la suite, elle a été nommée « monitrice de polonais », une fonction rattachée au ministère français de l'Éducation nationale. Elle a dispensé des cours dans plusieurs villes, telles que Wittenheim, Pulversheim, Bollwiller, Soultz et Ensisheim. Lydia était affectueusement appelée « Pani », un terme de respect et d'affection en polonais. Pour beaucoup, « Pani » faisait presque partie de leur famille, tant elle était proche de ses élèves, qu’elle a suivis pour certains des cours de CP à la terminale. Elle avait toujours un œil attentif sur la scolarité complète de ses écoliers , s'efforçant de les motiver pour leur passage en classe supérieure. Chaque année, elle organisait des sorties mémorables, telles que des excursions à Europa-Park ou des visites des mines de Saintes-Maries aux Mines. En parallèle, elle les encourageait à apprendre des poésies et des chants en préparation des célébrations du 3 mai, date de la Constitution polonaise. Tout au long de sa carrière, Lydia a œuvré avec passion pour transmettre la culture polonaise et préserver la langue au sein de la communauté polonaise, fortement ancrée dans le bassin potassique Dans la dernière année précédant sa retraite en 1992, elle a également enseigné dans un lycée à Mulhouse, où elle préparait les élèves au baccalauréat, les aidant à présenter cette langue lors de l'examen. Lydia était non seulement une enseignante, mais aussi une mentor, une guide et, surtout, une source d'inspiration pour les générations qu'elle a touchées. Grâce à sa passion et à son dévouement, mais aussi son engagement indéfectible et à sa passion pour la culture polonaise Lydia Kuliberda a laissé une empreinte durable dans le cœur de ses élèves et dans la communauté, nouant des liens authentiques qui perdureront à jamais dans leur mémoire. Andrzej
Biografia Lydii Kuliberdy Lydia Kuliberda urodziła się 28 stycznia 1932 roku w Wittenheim, jako córka zmarłego Piotra Patli i Anieli Braja. Była najstarsza z sióstr, Danuty i Jeannette. Z małżeństwa z Czesławem Kuliberdą miało troje dzieci: Zbigniewa, Aleksandrę i Marka. Miała także sześcioro wnuków: Grzegorza, Dimitriego, Aleksandra, Coralie, Quentina i Malizianę, a także sześcioro prawnuków: Jun, Yui, Lise, Charlotte, Maxence i Alix. Po ukończeniu nauki w Polskim Liceum w Paryżu, gdzie kształciła się w zakresie nauczania języka polskiego, zdobyła swoje pierwsze stanowisko w Besançon, finansowane przez Związek Weteranów Polskich. Następnie została mianowana „monitorką języka polskiego”, funkcją przypisaną do Ministerstwa Edukacji Narodowej Francji. Uczyła w różnych miastach, takich jak Wittenheim, Pulversheim, Bollwiller, Soultz i Ensisheim. Lydia była serdecznie nazywana „Panią”, co jest terminem szacunku i sympatii w języku polskim. Dla wielu stała się niemal częścią rodziny, tak blisko była związana ze swoimi uczniami, któremu towarzyszyła od klasy pierwszej aż do matury. Zawsze miała czujne oko na szkolną karierę swoich uczniów, starając się ich zmotywować do awansu do wyższej klasy. Każdego roku organizowała niezapomniane wycieczki, takie jak wyjazdy do Europa-Park lub wizyty w kopalniach w Saintes-Maries aux Mines. Równocześnie zachęcała ich do nauki wierszy i pieśni w przygotowaniach do obchodów 3 maja, dnia Konstytucji Polskiej. Przez całą swoją karierę Lydia z pasją działała na rzecz przekazywania kultury polskiej i zachowania języka w społeczności polskiej, silnie zakorzenionej w regionie potasowym. W ostatnim roku przed przejściem na emeryturę w 1992 roku, Lydia nauczała również w liceum w Mulhouse, gdzie przygotowywała uczniów do egzaminu maturalnego, pomagając im zaprezentować ten język podczas egzaminu. Lydia była nie tylko nauczycielką, ale także mentorką, przewodniczką i, co najważniejsze, źródłem inspiracji dla pokoleń, które miała okazję dotknąć. Dzięki swojej pasji i poświęceniu, a także niezłomnemu zaangażowaniu i miłości do kultury polskiej, Lydia Kuliberda pozostawiła trwały ślad w sercach swoich uczniów oraz w społeczności, nawiązując autentyczne więzi, które na zawsze pozostaną w ich pamięci. Andrzej
Pani, inaczej znana jako Lidia Kuliberda (niektórzy wolą pisać Lydia przez y, które po polsku wymawia się é, a nie i, nawiasem mówiąc), emerytowana nauczycielka języka polskiego i kultury z sektora Wittenheim i mieszkanka Ensisheim, odeszła cicho i szybko w dniu 04-11-24, w swoim 93. roku życia.
W niedzielę 11-05-25 podczas cotygodniowej „polskiej mszy” o godz. 11.00 w kościele St-Christophe w Wittenheim-Fernand-Anna, w obecności pogrążonej w żałobie rodziny i w dużej mierze – i na szczęście! André-Andrzej Piasecki, który od dawna jest znany ze swojego bojowego i wolontariackiego zaangażowania w życie polskie w regionie Miluzy, w szczególności poprzez harcerstwo, i który jest siostrzeńcem Richarda Laska, honorowego burmistrza Bollwiller, który jest polskiego pochodzenia i, podobnie jak jego wujek, wielkim fanem piłki nożnej!
Podczas homilii spiąłem się, całkiem poważnie. Michał Dziedzic, osoba odpowiedzialna za dusze, która sprawowała posługę, rozwodził się długo (pamiętam z pewnym uśmiechem, jak solidny chórzysta, nasz przyjaciel (+) Gembalik, narzekał na długość homilii, oczywiście nie otwierając się przed zainteresowanym, co byłoby prostsze…). ) zaangażowany w kwestie liturgiczne dnia (4. niedziela Wielkanocy), dobrego pasterza w służbie swoim owcom, powołań kapłańskich, które stały się zdecydowanie zbyt rzadkie; ale także w najbardziej aktualną kwestię ze wszystkich, wybór papieża Leona, który miał miejsce 8 maja ; a także przewlekłe rozważania na temat dechrystianizacji Europy i Jezusa, który w dzisiejszych czasach stał się czymś opcjonalnym, już w ogóle niepotrzebnym, na tle triumfującego relatywizmu.
Czy mieliśmy odprawić mszę ku pamięci Pani bez słowa o Pani? Tak jak mieliśmy mszę upamiętniającą Jeanine Zawierta, chórzystkę „Rossignol forestier” w Pulversheim, w roku mierników Covidian, w kościele St-Jean, bez jednego słowa o osobie dedykowanej, bez wymienienia jej imienia nawet raz, przez całe 20-minutowe kazanie, stłumione i mamrotane; ze względu na chrześcijańskie miłosierdzie nie przypomnę sobie, kto to powiedział; czy kiedykolwiek była taka sytuacja? Nazywam to skandalicznym.
Otóż nie. Wręcz przeciwnie, Dziedzic zrobił wszystko po swojemu, ale poprawnie i z godnością, ponieważ pod koniec nabożeństwa przeczytał po francusku (co wymagało wysiłku z jego strony, za co należy mu podziękować) pouczającą eulogię dla Pani przygotowaną przez André, dobrze napisany tekst, w którym podkreślono nie tylko pedagogiczne cechy zmarłej, ale także jej ludzkie cechy; w skrócie : Krótko mówiąc, Pani była postacią matki dla tego byłego ucznia i wielu innych, ze wszystkim, co pociąga za sobą piękno, altruizm i sympatię.
Po pierwsze, ponieważ jest to tak zasłużone; po drugie, ponieważ brzmi prawdziwie; a po trzecie, ponieważ autor zadał sobie również trud i zręcznie przetłumaczył swoje dzieło na język polski, Polak taki jak Pani, jeśli czyta ćwiczenie stamtąd, może być tylko bardzo dumny z występu swojego byłego forte en thème, w tym przypadku trafnie nazwanego tel..
Kto w trzecim pokoleniu naszych polskich emigrantów górniczych potrafi tak dobrze wyrażać się w języku pochodzenia? Mało kto, ale wtedy nikt od nikogo.
Tekst André jest dla mnie nadal cenny z tego dodatkowego powodu, że od czasu, gdy napisałem, 40 lat temu w przyszłym roku, w „L’Alsace” z 24-12-86, eulogię dla tego innego „mistrza” języka polskiego, mój (każdemu jego własny, i każdemu jego własny stosunek do wiedzy, Marian Jedrzejowski, którego również opublikowałem o Pani w 92 r., kiedy odeszła na emeryturę, i o jej poprzedniku Julien Lorens, to pierwszy raz, kiedy ktoś inny niż ja odważył się publicznie sportretować jednego z naszych polskich nauczycieli. Nareszcie!
Jestem również zadowolony i rozbawiony, że André wziął zdjęcie Pani ze swojej strony na Facebooku, które jest tak uwodzicielskie, że konkuruje z tymi, które pokazuję na tej stronie i które z dumą posiadam w mojej dokumentacji.
O śmierci Pani dowiedziałem się dopiero 23 marca ubiegłego roku, dokładnie z wiadomości od André, który powiedział mi o planowanej mszy żałobnej, ponad pięć miesięcy po jej śmierci. Pani zmarła w listopadzie, a jej pamięć uczczono dopiero w maju następnego roku, co można porównać do sytuacji liderki Jeanine Zawierty, która zmarła wiosną, a mszę poświęcono jej dopiero jesienią następnego roku.
Podczas ceremonii powiewała tylko jedna flaga społeczności, flaga harcerzy z Bollwiller; zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach nie ma chorążych, którzy by im służyli, ale mimo wszystko uważam, że jest to trochę skąpe. Wydaje mi się, że nauczycielka sama w sobie zasługuje na hołd wszystkich grup społecznych, obywatelskich, religijnych i patriotycznych. Przynajmniej widzieliśmy kilka strojów ludowych, wiernych stanowisku, co częściowo łagodzi niezadowolenie z tego zubożenia.
Po przejściu na emeryturę, Pani skarżyła mi się przy wielu okazjach, że nie była lub nie była wystarczająco rozpoznawana na wydarzeniach publicznych, gdzie, jak czuła, była pomijana jako jedna z obecnych osobistości. Było w tym trochę prawdy, ale kiedy Pani mi o tym powiedziała, rozmawiała z kimś, kogo nie mogła winić za to, że nie zwracał wystarczającej uwagi na nauczycielkę, którą była. Pewnego dnia, poddając się pewnej irytacji, powiedziałem jej, że kiedy znów będę gospodarzem polskiego wydarzenia, oddam jej głos, aby sama mogła ogłosić swoją obecność, aby przynajmniej miała pewność, że wszystko będzie zrobione wystarczająco dobrze jak na jej gust. Żart zadziałał.
Pani chodziło o to, że jesteśmy niewdzięczni wobec nauczyciela, nie wspominając o nim, niesprawiedliwi, podczas gdy spontanicznie (powiedziałbym bardziej spontanicznie) wspominamy o księdzu. Moją pierwszą odpowiedzią jest wskazanie, że te dwa aspekty społeczności są tradycyjnie konkurentami (w stodole jest miejsce tylko dla jednego koguta), w kokieterii ze sobą, a raczej jeden przeciwko drugiemu. Drugą jest to, że nie powinniśmy być zaskoczeni, widząc nauczyciela wypartego w tej grze, ponieważ nie ma on obietnicy życia wiecznego; tak więc kapłani nie mają prawdziwych rywali, a świeccy są z góry pokonani.
Istnieją pewne ciekawe zbiegi okoliczności; przez trzy lub cztery dni, zanim dowiedziałem się o śmierci Pani, w mojej głowie krążył pomysł, że w tym roku, pod koniec zimy, będę bardzo spóźniony, aby złożyć jej coroczną wizytę w Ensisheim, w jej pawilonie przy rue du général Koenig, po jej urodzinach 28 stycznia. Nie musiałem się umawiać, bo po drugiej stronie telefonu nie byłoby nikogo, kto mógłby mnie odebrać.
Ostatnią z tych corocznych wizyt złożyłem mu na początku lutego 2024 roku, przy braku prawdziwej zimy. To ja podgrzałam wodę na herbatę i zaaranżowałam nasze spotkanie w kuchni (uwielbiam kuchnie, często to w nich leży prawda ludzi, a ta miała również kolory, które mi odpowiadają i mnie uspokajają, biel i zieleń), zamiast w salonie, który był dla mnie zdecydowanie zbyt nieskazitelny. Przyjechałem z de rigueur ciastkami o 14:00; myślałem, że wyjdę o 16:00, wystarczająco zmęczony po dwóch godzinach ciągłej rozmowy, wciąż mieliśmy sobie wiele do powiedzenia; pomyśl tylko, że o 19:00 wciąż tam byliśmy, ciesząc się wszystkim, co opowiadaliśmy sobie o „naszych” Polakach, bardziej przeszłych niż teraźniejszych, o tym, co powinno być, a nie było, lub o tym, co było nie tak. A Pani, w świetnej formie i z walecznym sercem, jeśli mogę tak powiedzieć, wciąż była silna. Cóż za piękne wspomnienie! Jedno z tych wspomnień, które niosą cię dalej i pomagają ci wykonywać twoją pracę, twoją pracę kulturową, twoją pracę pamięci.
Podczas tej wizyty poprosiłem Panią, aby dała mi zdjęcie paszportowe Césara, jej zmarłego drugiego męża (1931-99), do opublikowania na mojej stronie; nie do pomyślenia było, aby go tam nie było, przynajmniej pro forma; on również, na swój sposób, był „osobowością”; tak, obiektywnie kimś niezbyt zwyczajnym; zdjęcie jest znośne, musiałem się nim zadowolić, nie było możliwe, aby Pani znalazła mi „lepsze”. Nie miała już ochoty łamać sobie pleców dla tego typu rzeczy; w wieku ponad 90 lat, kto mógłby ją winić?
Podczas tej samej sesji, Pani z kolei przekonała mnie, bym zgodził się, że w moich publikacjach będę szanował tak długo, jak długo będzie żyła w tym, co nazywała „swoim sekretnym ogrodem”, którego pomysł ujawnienia naprawdę jej się nie podobał. Cóż, lubiłem Panią, więc dlaczego miałbym wyciągać ją z jej strefy komfortu? Wiedziałyśmy, jak żyć ze sobą po polsku: „szanowalismy sie”, patrzyłyśmy na siebie z podziwem (czyżbyśmy były koleżankami z „tej samej korporacji”?), oszczędzałyśmy się nawzajem.
Ta coroczna wizyta przywołuje wspomnienia o comiesięcznych wizytach Pani u Annabelle Wersinger w Wittenhein we wczesnych latach jej emerytury. Było to w czasach, gdy piłem jeszcze kawę – oczywiście bezkofeinową, ale taką, którą Bella kupowała specjalnie dla mnie, w Szwajcarii, i która była naprawdę doskonała pod względem smaku, bez strachu przed Nespresso i całym jego „Co jeszcze?”. Podczas tych spotkań oczywiście regularnie rozmawialiśmy o smutnym (ale niepowstrzymanym) upadku polskiej witalności w naszej branży, zawsze z nutką nostalgii za pewnym savoir-vivre’em, który ulegał (i nadal ulega) rozkładowi, bez żadnej zbawiennej reakcji płynącej z głębi nie wiem czego.
Plotki oczywiście też miały swoje miejsce; z tak ostrymi językami jak nasze, można by pomyśleć; tak, tak, wiem, słyszałem, że to niegrzeczne; ale jak można się powstrzymać, to takie pyszne, prawda… Pamiętaj, że tak naprawdę nigdy nie byliśmy niegrzeczni, chodziło tylko o to, by dać sobie przyjemność dobrego śmiechu, ach, to przyjemne uczucie…
Pani poszła do Wersingera, nie ukrywając się, wchodząc, całkiem naturalnie, frontowymi drzwiami i nie wchodząc tylnymi drzwiami (jak inni… dobrze myślący…). Pani nie miała nic przeciwko temu, że Bella była demonizowana przez prawie całą społeczność; miała swoją wolność osądu, swoją niezależność ducha, swoje poczucie sprawiedliwości; i ona, podobnie jak ja, widziała po prostu, całkiem obiektywnie, że Bella robi dobrze dla najbardziej pokrzywdzonych, a inni tylko gadają, i to po to, by oczerniać i próbować sabotować, zasadniczo z lenistwa, tchórzostwa i zazdrości.
Ilustracje (wszystkie dostępne na tej stronie, użyj wyszukiwarki) :
a) Notka biograficzna o Pani ;
b) Polskie tłumaczenie.
c) Wideo: Dwustulecie „Akademii” (maj 91);
d) Wideo: „12 niezwykłych Polaków” (seria 2005);
e) Artykuły prasowe: Pani odchodzi na emeryturę (1992) i wycieczka szkolna (72);
f) artykuł: Pani Kuliberda, którą trzeba zobaczyć;
g) artykuł: Mistrz Lorens, poprzednik Pani;
h) zdjęcie Pani (do naszego podsumowania), zaczerpnięte z facebookowej strony André;
i) zdjęcie: Pani, „na służbie”, podczas polskiej pielgrzymki w Thierenbach (1979), nadzorująca swoich uczniów w tradycyjnych białych strojach z haftem górali;
j) zdjęcie: César w ostatnich latach życia;
k) zdjęcie: André, były uczeń, i jego żona Izabela, turyści w Tajlandii, w styczniu tego roku 25: a co więcej, mają świetne poczucie humoru!
Wideo, które nadejdzie, zwłaszcza po to, by Cezary Kuliberda odzyskał swoją spójność: Chciałbym ogłosić, że wkrótce będzie widoczny tutaj, w roli tłumacza na francuski, w ratuszu w Wittenheim w dniu 16-10-92, przemówienie naszej przyjaciółki Danieli Mroczek, w krzykliwym czerwonym garniturze, doradcy ds. adopcji polskiego ministra zdrowia i spraw społecznych; Obraz jest akceptowalny, ale mam nadzieję, że poprawimy dźwięk, który jest trochę odległy na oryginalnym nagraniu. To prawdziwe błogosławieństwo dla polskiej pamięci, że mamy taką kasetę.
Na koniec bardziej przyziemna uwaga: podczas tej mszy po raz pierwszy ucałowałem dłoń Izabeli Piaseckiej, żony André, na środku kościoła, zgodnie z dobrymi manierami pewnej starej dworskiej Polski; i, o wiele smutniej, nasz przyjaciel François Kutermak, ze stowarzyszenia weteranów (patrz ta strona), poinformował mnie o swoim wdowieństwie, które nastąpiło zaledwie dwa miesiące temu; jego żona opuściła nas w wieku, w którym jest o wiele za wcześnie na odejście.
Wykonane 18-05-25, w dniu mszy intronizacyjnej nowego papieża Leona XIV z Chicago, dużego polskiego miasta za granicą, nie zapominajmy, przez fsz; materiał chroniony prawem autorskim (ustawa z 11 marca 1957 r.).